Pierwsza wyprawa: Irlandia 2016 – czesc ostatnia

Dobra, nie ma co ściemniać tylko trzeba pisać, bo inne wycieczki czekają na swoją kolej a ja się tu rozwodzę nad tym co było rok temu. Tym razem przygotowałam opis a Kinga zdjęcia z pozostałych dni naszej Irlandzkiej wyprawy. Będzie to już ostatni wpis z tej serii.

Dzień 4 – Cliffs of Moher

Pobudka jak co dzień, za późno. Śiadanie i w drogę. Właściciel schroniska poinformował nas jaka będzie pogoda tam gdzie się wybieramy. Bez zmian, ma padać, wiać i być mgliście, ah Irlandia 🙂 Pomimo tego zgodnie z planem udałyśmy się do kultowego miejsca, które trzeba odwiedzić będąc w Irlandii o nazwie Moherowe Klify (Cliffs of Moher).

Nie wątpliwa atrakcja turystyczna nie uraczyła nas tego dnia ładnymi widokami. Na własne życzenie też postanowiłyśmy sobie popsuć dotychczas dobre samopoczucie, wybierając zwiedzenia klifów z pokładu statku wycieczkowego.

Przy ładnej pogodzie, klify z lądu i z morza robią piorunujące wrażenie. Jednak tego dnia z pokładu statku wycieczkowego i przy wzburzonym morzu oraz wlewającej się wodzie na pokład, klify zrobiły na nas mglisto-mroczne wrażenie. Chętnie bym tam wróciła przy ładnej pogodzie ale już nie na statek, udało mi się nie puścić pawia, czego nie mogę powiedzieć o moich towarzyszach podróży 🙂 Dłuższą chwilę nam zajęło dojście do siebie po tym rejsie.

Poźno się zrobiło, wiec nie pozostało nam nic innego jak udać się do miasteczka studenckiego w Limericku, na kolejny nocleg. Nie udało nam się zwiedzić King John’s Castle, ale obiad i spacer po Limericku były bardzo udane, zrobiłyśmy kilka zdjęć z Thomond Bridge i Saint Mary’s Cathedral.

King John's Castle
King John’s Castle

Dzień 5 – Zamki i Ring of Kerry

Kolejny dzień w krainie deszczowców 🙂 Od rana pada, wieje a przestaje padać tylko jak zsiadamy z motocykli. Wcięło mi zdjęcia z tego dnia a całkiem sporo się wydarzyło. (Może jakieś odzyskam z kopii zapasowych)

Zaliczyłam glebe pod zamkiem Carrigafoyle Castle, bo na mokrej błotnistej nawierzchni pod zamkami, nie używa się za mocno przedniego hamulca 🙂 Kinga pomogła mi podnieść motocykl i poszłyśmy zobaczyć ruiny zamku od środka. Można było się wspiąć na wieże, zrobić sobie zdjęcie z balkonu czy wpisać się do księgi pamiątkowej. Dla kogoś kto lubi zamki, a my lubimy to fajne miejsce na szybkie zwiedzanie.

Miałyśmy zajechać jeszcze na Connor Pass jednak pogoda, bardzo silny wiatr, zmusiła nas do ominięcia tego punktu wycieczki, cóż może następnym razem. Za to dzięki temu trafiłyśmy na jak się potem okazało, słynną trasę Ring of Kerry. Przepiękna droga N70 wzdłuż wybrzeża, z wieloma zatoczkami dla turystów na zdjęcia. Dobra nawierzchnia, dużo zakrętów, raj dla motocyklistów. Pogoda odebrała nam jednak radość z tej trasy. Kiedy przy złożeniu się do zakrętu podmuch wiatru prostował mi motocykl i przestawiał na pasie o pół metra, przeklinałam pomysł wyjazdu do Irlandii i nie w głowie mi było podziwianie widoków. Nie mniej jednak, chciałabym tam kiedyś wrócić 🙂

Następnym punktem wycieczki był Ballycarbery Castle. Ciężko to było nazwać zamkiem, szczątki ruin porośnięte zielskiem, dumnie wznosiły się nad okolicą. Do ruin trzeba było przejść kawałek pod górkę, mijając rude krowy. Zamek ten nazwaliśmy zamkiem z krowami 🙂 Basia została tym razem w samochodzie, chyba nie chciało jej się turlać pod górę swojego dużego brzucha 🙂

Stamtąd udałyśmy się już do Portmagee, do naszego hostelu na nocleg do miejsca o nazwie Skellig Ring House. Trochę miałyśmy problem aby je odnaleźć, bo zasięg sieci komórkowej się skończył i nasz komórkowy GPS nas mocno zmylił. Przejechałyśmy mostem z którego wiatr usiłował nas zwiać na wyspę Valentia Island. Podczas zawracania, tym razem Kinga położyła motocykl. Cóż, skończył jej się asfalt pod nogami 🙂 Suma sumarum udało nam się znaleźć nasz hostel i zameldować w nim o tym razem przyzwoitej godzinie.

Dzień 6 – Kerry Cliffs, Moll’s Gap i Ross Castle

Poranek w Portmagee przywitał nas, uwaga, słoneczny! już myślałam, że podczas całego pobytu w Irlandii nie będzie ani jednego słonecznego dnia… Uff dało się, był jeden 🙂 Nie pamiętam już dokładnie, ale wydaje mi się, że Kerry Clifs odkryłyśmy przez przypadek. Przepiękne malownicze miejsce. Wstęp na klify jest płatny. Z klifów można zobaczyć Puffin Island zamieszkała przez kolonie ptaków Puffin licząca 10tyś osobników oraz z oddali albo wykupując wycieczkę statkiem z Portsmagee, Skellig Rocks wpisana na listę UNESCO. Nie miałyśmy jednak zbytnio czasu na przejechanie się Skellig Ring, która na mapie wyglądała imponująco kręto, widać ją było z kawiarenki pod klifami. Kręta, wąska ścieżka ginąca na szczycie góry 🙂 Więcej o klifach tutaj.

Pora ruszać dalej, wróciłyśmy na nasz Ring of Kerry, mniej wiało i świeciło słońce, w końcu można było podziwiać widoki i upajać się malowniczą trasą. Skręciłyśmy na drogę N71, dalej Ring of Kerry, która zaczęła piąć się w górę wprost do Mools Gap. Zrobiłyśmy sobie postój na lunch w kawiarni Avoca Moll’s Gap. Miejsce oblegane przez turystów ale z wyśmienitą kawą i bardzo smacznym jedzeniem. A przede wszystkim z pięknymi widokami na góry. Notabene firma Avoca ma ciekawą historię i jest jedną z najstarszych Irlandzkich firm rodzinnych.

Molls Gap
Molls Gap

Dalej w dół drogą N71 przejechałyśmy przez Killarney National Park, następne przepiękne miejsce. Droga prowadziła brzegiem jeziora, gdzie skały wystawały z wody, my nie miałyśmy wiele czasu aby zatrzymać się tam na dłużej, ale na pewno warto by było tam wrócić i zrobić sobie mały camping albo co najmniej piknik.
Znowu spóźnione i nie udało nam się obejrzeć w środku Ross Castle. Ale za to odpoczęłyśmy bo tym razem długa i nudna droga przed nami prosto do Wicklow.

Dzień 7 – Blue Lagoon i powrót do domu

Pobudka skoro świt bo prom wcześnie rano, zimno jak cholera chyba ok 6st w porywach do 8st. Krzysiek po raz ostatni poprowadził nas po Irlandzkiej stronie do promu. Pożegnania są kiepskie ale kiedyś trzeba wrócić do domu…

W drodze powrotnej, byłyśmy mądrzejsze i kupiłyśmy kabinę, więc mogłyśmy trochę dospać i odpocząć przed kolejnymi minimum 4h na motocyklu. Dopłynęłyśmy do UK a tam piękna pogoda, słońce, nie pada, nie wieje, no prawie nie wieje. Na prawdę nie chciało nam się jeszcze kończyć tej wycieczki.

Blue Lagoon
Blue Lagoon

Przypomniało nam się, że jedna z naszych koleżanek wspomniała kiedyś, że w Pembrokeshire jest błękitna laguna. No to kurs na Blue Lagoon. Dzięki temu droga do domu nam się nieznacznie wydłużyła ale za to widziałyśmy fajne miejsce. I tak nasza pierwsza wyprawa motocyklowa dobiegła końca.

Chociaż pogoda w Irlandii wyjątkowo nam nie dopisała to i tak będziemy ten wyjazd wspominać z nostalgią. Pierwsza duża wyprawa. Czy cię dupa boli czy nie, czy pada czy nie, następnego dnia wsiadasz na motocykl i ruszasz w drogę. Dużo się nauczyłyśmy o nas, naszych słabościach, czego musimy się nauczyć na motocyklach.

Mam nadzieję, że jeszcze raz odwiedzimy Irlandię i będzie przynajmniej padał cieplejszy deszcze 🙂

  • o! I nawet ładna pogoda się Wam trafiła 🙂 A ta mina w pociągu ? Autobusie? To taki mały akt przerażenia? 😛 Fotka z dwiema wystającymi skałami z wody – wygląda pięknie, jakby kadr ze starego Jamesa Bonda! <3 Fajnie pozwiedzałyście Irlandię 🙂 Mnie było dane tylko Bray i DUblin, ale zawsze też coś 🙂 Piękna Zielona wyspa – miałyście mega udaną wyprawę!

    • on2wheelswithlove

      Heh szybka jestes 🙂 Ta dziwna mina to ze statku wycieczkowego, dałam sie namowic, chociaz nie cierpie statkow 🙂 ale jako jedyna nie puscilam pawia 😛 moze nastepnym razem wybierzesz sie z nami do Irlandi? pomimo kiepskiej pogody, chce tam jeszcze wrocic, jest pieknie!