Malta i Gozo oczami nastolatki

Malta – razem z jej siostrzanymi wyspami, Gozo i Comino. Jest wiernie oblegana przez turystów z całego świata, i to nie bez powodu. Zróżnicowany krajobraz, swoisty folklor i dogodna pogoda to tylko trzy z nich. Tak więc warto jest zwiedzić to miejsce. Z racji tego, że wszystkie trzy zatęskniłyśmy za odrobiną słońca, obrałyśmy kierunek Malta – i oto sprawozdanie z perspektywy nastolatki.

Pierwszy dzień był pełen wrażeń, przynajmniej dla mnie. Nigdy nie byłam w tak egzotycznym kraju, więc było to coś kompletnie nowego. Pomimo jazdy w samochodzie o nieboskiej godzinie. Uciążliwej kontroli na lotnisku i kolejnych trzech godzin w samolocie, byłam podekscytowana. Nie na co dzień ma się okazję zwiedzić miejsce tak inne od codzienności, a byłam pewna, że własnie taka będzie Malta.

Trzeba było zwlec się o trzeciej nad ranem by o piątej wypić kawę w Starbucksie, jak to przystało na lotniskowy rytuał. Sam lot był w porządku – zupełnie jak jakikolwiek lot regularnymi liniami, mimo iż siedzenia w tym samolocie były dość blisko siebie. Największą atrakcja było lądowanie, gdzie w końcu widać było słońce odbijające się od zakurzonej nawierzchni i malutki budynek samego terminala. Już wtedy mama (dla niezorientowanych, na tym blogu znana jest jako Kinga) nabijała się ze mnie, że biedne dziecko w końcu zobaczyło palmę na własne oczy.

Dzień 1: Popeye Village

Po godzinnej jeździe z lotniska dotarliśmy do Melliehy – naszego miejsca zamieszkania. Nasze szczęście dobrało nam hotel położony na dość stromej górce, co sprawiało, że dosłownie każda nasza wyprawa kończyła się wdrapywaniem z powrotem do naszej malej przystani. Mówiąc już o wyprawach, nie było czasu na wypoczynek – po zostawieniu bagaży w hotelu, wyruszyliśmy w dół drogi do pierwszej atrakcji, Popeye Village.

Wioska zbudowana w latach 80 na potrzeby filmu Disneya została wykupiona przez maltańskie władze i do dzisiaj jest wykorzystywana jako atrakcja turystyczna. Miejsce to było zdecydowanie bardzo klimatyczne — kolorowe, drewniane chatki, ręcznie malowane znaki i nawiązywanie do szpinaku gdziekolwiek tylko się dało. Poza miejscami, jakich można by się spodziewać po wiosce rybackiej, była też tam mniejsza „uliczka” przeznaczona całkowicie dla świąt Bożego Narodzenia, włącznie z ruszającymi się kukiełkami-elfami. Widać było, że jest to dosyć stare miejsce, ale pracownicy zawzięcie malowali i sprzątali liczne pokoje i balustrady.

Po zwiedzeniu wszystkich dostępnych miejsc zdecydowaliśmy się na wypłynięcie łódka. Jedna z bardziej naciąganych atrakcji zapewnianych przez wioskę, ale zrobiła na mnie spore wrażenie, ponieważ wypłynęliśmy dosyć daleko. Z morza widać było nie tylko całą wioskę, ale także górzysty krajobraz Malty. Po powrocie na ląd weszliśmy do jedynej restauracji w Popeye Village aby coś przekąsić. Mimo że jedzenie nie było spektakularne, było to przynajmniej nasze pierwsze zetknięcie z kotami Malty. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że są one nieodłączną częścią wyspy. Było to po prostu mile widziane zetknięcie z sierściuchami. W końcu, mając w perspektywie powrót tą samą drogą, którą dotarliśmy, zdecydowaliśmy się na autobus do hotelu. Tak też zakończył się dzień pierwszy.

Dzień 2: Valletta i Marsaxlokk

Drugi dzień został przeznaczony na Vallette – obecna stolice Malty. Samo miasto nie jest wielkie, ale różnica wzniesień sprawia, że zwiedzanie jest niezłym wyzwaniem. Zaczęłyśmy od małego parku tuż na lewo od pętli autobusowej, gdzie można zobaczyć piękną panoramę pobliskich miast. Kierując się na główną ulice, przeszłyśmy kilka bocznych uliczek które zapierały dech w piersiach. Ulica mogła być bowiem tak stroma, że zamiast chodnika asfalt obramowany był wąskimi schodkami.

Gdy dotarliśmy już do głównego deptaka, znaleźliśmy tam słynna lodziarnie znana z lodów formowanych na kształt róż. Wyglądały świetnie, tak samo jak i smakowały! Później zeszliśmy w dół do fortu, tylko po to by wdrapać się z powrotem na górę do słynnych ogrodów Valletty… Myślę jednak, że było warto, mimo że następnego dnia bolały nas łydki. Zdecydowaliśmy w końcu, że zamiast poszukiwać czegoś do jedzenia w mieście, pojedziemy do rybackiej wioski Marsaxlokk, znanej ze swoich kolorowych łódek.

Po czterdziestu minutach w autobusie dotarliśmy na miejsce, gdzie szybko okazało się, iż szanse na posiłek są nieco zaniżone. Większość restauracji otwierała się wieczorami, co dawało nam czekanie przez godzinę lub nawet dwie. Na szczęście, mniejsze restauracje miały otwarte kuchnie, tak wiec wybrałyśmy jedna z nich. Był to dobry wybór: nie dość, że każda knajpa małe świeże owoce morza z racji bycia w wiosce rybackiej, to jedzenie w tym konkretnym miejscu było przepyszne, od krabowych paluszków do ośmiornicy.

Dzień 3: Gozo

Trzeci dzień stał pod znakiem Gozo – siostrzanej wyspy Malty. Po dotarciu na prom i przepłynięciu na druga stronę wsiadłyśmy od razu do autobusu typu hop-on, hop-off – typowo turystycznej atrakcji, w którym mogliśmy objechać całą wyspę. Objeżdżając powoli wyspę i oglądając widoki z górnego pokładu, spotkaliśmy parę starszych ludzi z Polski którzy radośnie wysiadali razem z nami pod pretekstem zobaczenia różnych miejsc. Szybko okazało się, że brakowało im języka, więc uznaliśmy że jeden dzień nam nie zaszkodzi, a pomóc komuś zawsze warto.

Obejrzałyśmy solniska i zatokę zanim dotarliśmy do Azure Window, jednej z najbardziej wyszukanych atrakcji Gozo z racji malowniczości samego miejsca. Jako, że można było zejść praktycznie pod sam łuk, skorzystaliśmy z okazji, żeby zebrać nieco materiału. Sam przejście było nieco dzikie – jeżeli tak można nazwać powierzchnie pokryta głazami i przypływ moczący skarpetki. Było to doświadczenie typu survival, od próby zachowania nóg w jednym kawałku do nieprzemoczenia butów, jako że dzień był długi. Kiedy jednak już dotarliśmy tuz pod sam łuk, wyglądało to niesamowicie. Powiem jedno: na pewno było warto.

Po Azure Window ja i mama obejrzałyśmy z łódki miejsce, które tubylcy nazywają “Gozo’s Blue Grotto” z racji podobieństwa do słynnej atrakcji na Malcie. Rzeczywiście, woda była tak samo niebieska, chociaż samych grot było zdecydowanie mniej. Wsiedliśmy z powrotem do autobusu i po obejrzeniu ostatniej zatoki pojechaliśmy do Victorii, głównego miasta na Gozo. Niestety, nie udało nam się dostać do Cytadeli z racji późniejszej pory. Wróciliśmy na ostatni kurs autobusu i promem wróciliśmy na Maltę, by wrócić do Melliehy i zjeść dobra obiadokolacje w knajpie na przeciwko naszego hotelu.

Dzień 4: Blue Grotto i Mdina

Po zobaczeniu “Gozo’s Blue Grotto”, mama uznała, że jednak chce zobaczyć oryginalne miejsce. Wsiedliśmy więc w kolejny autobus (aż nie chce się wierzyć, jak dużo jeździliśmy komunikacja miejska) i przesiedliśmy się na lotnisku, by dojechać do samego Blue Grotto. Samo to miejsce można zobaczyć w całej okazałości wysiadając przystanek wcześniej, skąd można zejść na taras ogrodzony skalistym murkiem i obejrzeć zarówno zatoczkę obok jak i samo Blue Grotto, na które składa się skalny łuk i ukryte pod nim liczne groty w których odbija się światło.

Zeszliśmy niżej w dół, gdzie można znaleźć małe miejsce z knajpkami, pamiątkami i, co najważniejsze, łodzie oblegane przez turystów. Wycieczka łódką – tym razem we trzy – naprawdę pokazała nam, że warto jest zwiedzić to miejsce. Z dołu wygląda na pewno o wiele bardziej okazale niż widać na widokówkach. Na pewno tez zasługuje na przymiotnik “blue” w nazwie – woda jest nie tyle niebieska, co aż lazurowa!

Mdina

Kiedy w końcu nałapałyśmy się widokiem z pobliskiej kawiarenki, obraliśmy kierunek Rabat – także znane jako łącznik między miastem a Mdina, miastem ciszy. Poza mieszkańcami samego miasteczka, ruch samochodowy jest ściśle zabroniony. Zanim jednak doszliśmy do samej Mdiny, zwiedziliśmy jeszcze katakumby Rabatu – którym, według mnie, brakowało jakiejkolwiek historii. Mimo że można było wypożyczyć audio przewodniki, same katakumby były po prostu korytarzami bez ładu i składu, więc nie jestem przekonana czy dodały by czegokolwiek do samego doświadczenia.

Kiedy jednak już doszliśmy do bram Mdiny, było to coś kompletnie innego. Całe miasteczko było wyłożone jasnymi cegłami i rzeczywiście było w nim ciszej. Miało to swój urok, w sensie iż poza turystami wydawało się ono nieco opuszczone i spokojne. Trudno jest to opisać – niby samo miejsce jest po prostu miastem w którym mieszkają zwykli ludzie, ale ten element ciszy dodaje mu pewnego klimatu. Szczególnie w małych alejkach wydaje się, że ta cisze aż wypada zachować z szacunku do mieszkańców. Było to naprawdę ciekawe doświadczenie.

Dzień 5: Wszystko, co dobre, szybko się kończy

Tak jak wszystko dobre rzeczy w życiu, nasza przygoda z Malta także miała swój koniec. Piątek rano oznaczał pakowanie i wymeldowanie się z hotelu. Po krótkiej chwili stresu z racji nie nadjeżdżającego transferu w końcu byłyśmy w drodze na lotnisko. Przejście kontroli zajęło moment i już byłyśmy z powrotem w miejscu, które ma ten sam klimat niezależnie od kraju – przy bramkach. Jedna ciekawa rzecz w sklepach bezcłowych na lotnisku w Malcie to fakt, że zamiast jednej części z lokalnymi wyrobami, strefa bezcłowa była zdominowana przez Kinnie (lokalny soft drink), maltańskie słodkości i likiery. Wkrótce był to jednak czas, by wsiąść do samolotu i po trzech godzinach byliśmy z powrotem na Gatwick.

Wiadomo – w końcu wszystko, co dobre, szybko się kończy.